poniedziałek, 26 grudnia 2016

Kiedyś mama zabrała mnie do domu towarowego w Hollywood, żebym zobaczyła Mikołaja, a on, gdy mnie zobaczył, zaraz poprosił o autograf!* (679)

Jakiś wewnętrzny głos, Kant najpewniej powiedziałby o imperatywie hipotetycznym, nakazał Panu C. zapuścić wąsy i brodę. Na początku nie wiedział, dlaczego mu z tym tak dobrze i dlaczego czuje się taki kompletny.
Sprawa się wyjaśniła w wigilijny wieczór, gdy składał życzenia sześcioletniej Julii. Dziewczynka przyglądała się z zaciekawieniem jego brodzie. Przypomniałem sobie wtedy film "Mikołaj z 34 ulicy". Kris Kringle uważany był przez dzieci za prawdziwego Mikołaja, bo wyglądał jak... Mikołaj. Logiczne i niepodważalne wnioskowanie.
- Dotknij brody! - zachęcił Julię.
Gdy nieśmiało pogładziła długi zarost wyjawił jej w sekrecie:
- Na przyszłe święta przejmę obowiązki Świętego Mikołaja.
- Jak to?
- Stary Mikołaj odchodzi na emeryturę.
- Ale nie masz czerwonej czapki i stroju - zaoponowała Julia.
- Teraz nie mam, ale za rok zobaczysz mnie w odpowiednim stroju, gdy przyjdę z prezentami.
Na tym rozmowa się zakończyła. Jednak po godzinie poczuł, jak ktoś lekko szarpie go za rękaw. Odwrócił się i zobaczył Julię:
- Wujku?
- Tak, Juleczko?
- Za rok, jak już będziesz świętym Mikołajem, to na pewno dostaniemy więcej prezentów?

*Shirley Temple


piątek, 16 grudnia 2016

Nie ma ko­biet niez­ro­zumiałych, są tyl­ko mężczyźni niedomyślni* (678)

- Maniek, jestem na ciebie obrażona.
- Znowu?
- A żebyś wiedział, że tak. I mam focha!
- Heluś, ale dlaczego?
- Skoro nie wiesz, to ci nie powiem.
- Ludzie powinni mówić sobie otwarcie o tym, co ich uwiera i co się nie podoba.
- Żartujesz!
- Rozmowa to podstawa...
- Będziesz musiał mnie przepraszać. Długo i od razu podpowiem... szczodrze.

*Magdalena Samozwaniec

wtorek, 15 listopada 2016

Jedzenie, picie, sen, miłość cielesna - wszystko z umiarem* (677)

Marian przeczytał wczorajszy wpis Pana C. na facebooku o wrotyczu. Musiało go coś bardzo poruszyć, skoro dziś nawiązał do tematu.
- Dlaczego zacząłeś to pić, skoro i smak i zapach jakiś taki niekoniecznie...
- Z prostego powodu, Marian. Dwa lata temu dociekliwy medyk wypatrzył, że mój woreczek żółciowy jest pełen kamieni. No prawie taki, jak brzuch wilka, który połknął babcię i Czerwonego Kapturka.
- Najprościej byłoby usunąć!
- To samo powiedział medyk, ale doszedłem do wniosku, że skoro jeszcze nic nie dolega, to zdrowiej skorzystać z naturalnych sposobów.
- I nie masz już kamieni?
- Tego jeszcze nie wiem. Sprawdzę na wiosnę. Terapia wrotyczem jest długotrwała
W tym momencie Pan C. zauważył, że Marian ma jeszcze jakieś pytanie, ale jakby się krępował.
- Coś jeszcze chcesz wiedzieć?
- A te... te inne sprawy, o których wspomniałeś?
- Pytasz o sprawność seksualną? - uściślił Pan C.
- No własnie! - przytaknął - Napisałeś o wiadrze, ale nie chce mi się wierzyć, że to możliwe.
- Tę opinię dodałem dla ożywienia wpisu. Przywołałem z pamięci jakiś fragment starego dowcipu. Musisz jednak wiedzieć, Marian, że w tych sprawach z wrotyczem to nie ma żartów.
- Mam rozumieć, że to bujda na resorach?
- Wręcz przeciwnie! Po sześciu tygodniach stosowania musiałem wprowadzić drastyczne środki bezpieczeństwa...
- No coś ty! Czym to grozi? - dopytywał.
- W ciągu dnia, a szczególnie wieczorem - mówił Pan C. ściszonym głosem - są sytuacje, że muszę bardzo uważać.
- Na co?
- No jak na co? Na to, by nie przebić się o... własny miecz.


* z internetu

wtorek, 1 listopada 2016

Nieśmier­telność jest bar­dzo łat­wa do osiągnięcia. Wys­tar­czy nie umierać* (676)

Jeden z wielu jesiennych dni. Późne popołudnie. Zaparkowała przy centrum handlowym, takiej świątyni współczesnego i zarazem ułomnego człowieka. Wysiadła z samochodu i ruszyła ku jednemu z dwóch przestronnych wejść. Obrotowe drzwi wchłaniały dziesiątki jej podobnych. Po przejściu kilkunastu kroków dostrzegła starszego mężczyznę z białą laską. Sprawiał wrażenie bezradnego. Gdy tylko podeszła bliżej usłyszała:
- Czy może mi ktoś podpowiedzieć, w którą stronę iść do spożywczego.
Zatrzymała się. Miał zaczerwienione oczy i pokryta kilkudniowym zarostem twarz. Wyczuła lekki zapach alkoholu, który był niczym w porównaniu z zapachem kwaśnego potu i brudu.
- Pomogę panu, proszę wziąć mnie pod ramię.
Mężczyzna uchwycił ją tuż przy łokciu. Niepewnie stawiał kroki po wybrukowanej i nierównej nawierzchni. Dopiero w środku poczuł się pewniej.
- Proszę się nie obawiać. Jestem przy panu.
W spojrzeniu mijanych ludzi dostrzegała zdziwienie i jakiś wyraz obrzydzenia. Podprowadziła go do sklepu.
- Jesteśmy na miejscu.
- Jest pani drugą osobą, która w ciągu dwóch lat zatrzymała się przy mnie i pomogła.
- Ależ, co pan mówi. To przecież niemożliwe...
- Proszę mi powiedzieć, dlaczego nie mogę już umrzeć?
Zapadła cisza. To było proste pytanie. W niewidzących oczach mężczyzny była odpowiedź.

Jezioro Ślesińskie, widok po zejściu od strony cmentarza


*Woody Allen

wtorek, 25 października 2016

To zwykła hipochondria, mój panie, męska odmiana histerii* (675)

Że mężczyźni to słaba płeć wiadomo od wieków. Wystarczy byle jaka infekcja, katar, czy temperatura sięgająca 37 st. C, by ścięło się białko i wystąpił stan zagrożenia życia. Marian w tej materii nie odbiega od unijnej i światowej średniej i wymaga stałego wsparcia Heli.
Jesień to pora roku, którą Marian znosi ciężko niczym niemowlę, któremu wyrzynają się ząbki. Deszcze, ciemne i mgliste poranki, niedobór snu... Właśnie w taki październikowy poniedziałek Marian wstał tuż przed Helą i poszedł do łazienki dokonać porannych ablucji. Po jakimś czasie Hela uchyliła drzwi i zobaczyła Mariana, który marszczył czoło i z ogromnym wysiłkiem wpatrywał się w lustro.
- Maniuś, co ty robisz?
- Wiesz co, Heluś - odpowiedział przejęty - bardzo źle widzę. Jest znacznie gorzej niż myślałem.
- Naprawdę? - zapytała Hela. - Znów coś ci dolega?
- To chyba cukrzyca. Czytałem, że wpływa na pogorszenie wzroku.
- Hm? Znam chyba sposób na skuteczne leczenie takich wad wzroku.
- Jaki? - zapytał z nadzieją w głosie.
- Oddaj mi moje okulary i załóż swoje. Od razu będziesz widział wyraźniej i przejdzie ci cukrzyca.
- O, żesz kurtka jego kancelaria!

* Paweł Goźliński, "Jul"

poniedziałek, 11 lipca 2016

Doskonała miłość czasem nie przychodzi aż do pojawienia się pierwszego wnuka* (674)

Znany Panu C. dziadek pewnej dziewczynki opowiedział, jak to ustalał z wnuczką szczegóły wspólnego wyjazdu na urlop. Hania, bo o niej mowa, miała problem z zaśnięciem, dlatego dziadek poszedł z nią do jej pokoju i próbował sprawić, by zasnęła nie później niż Księżyc.
- Wstaniemy o szóstej - opowiadał dziadek - zjemy śniadanie i najpóźniej o siódmej wyruszymy. Oczywiście będzie z nami babcia.
- A co będzie później, dziadku?
- O jedenastej zatrzymamy się na śniadanie. Po śniadaniu pojedziemy dalej i około czternastej będziemy na miejscu, Rozgościmy się w hotelu, zjemy obiad i pójdziemy przywitać się z morzem. Gdy już nieco przetrawimy obiad pójdziemy popływać w basenie.
- Super! A co będzie po basenie?
- No jak to co? Kolacja i spacer po plaży. Następnego dnia wstaniemy o siódmej, ale tak, by nie obudzić babci, i pójdziemy na basen. Po basenie śniadanie i wycieczka do zamku. Tam przebierzesz się za księżniczkę i będziesz chodzić po krużgankach.
Ta wyliczanka obejmowała dni od soboty do środy włącznie. Z każdym punktem programu Hania stawała się coraz senniejsza. Dziadek okrył ją kołderką i już miał odejść, gdy ukochana wnuczka otworzyła oczy, podniosła wskazujący palec, by podkreślić wagę słów:
- Dziadku! Mam nadzieję, że wszystko, co mi powiedziałeś to zapamiętasz?
- Oczywiście! - potwierdził zaskoczony dziadek.

*przysłowie walijskie

niedziela, 19 czerwca 2016

Znów wezmę coś na sen i wszys­tko będzie dob­rze. Przez te parę godzin. O ile nie po­jawią się koszmary (673)

W dzieciństwie śnią się sny fantazyjne i wszystko w nich jest takie proste i możliwe. I smoki, i rakiety, i skomplikowane machiny i odległe planety zaludnione przez zielone ludziki. Tymczasem człowiek im bogatszy w lata, tym skromniejsze i realniejsze marzenia senne. Do takich wniosków doszedł Pan C. po kolejnym spotkaniu z Marianem.
- Wiesz, Panie C., co mi się przyśniło? Nie uwierzysz mi.
- Znów coś na pieńku z Helą? - zapytał ironicznie Pan C.?
- Niekoniecznie… a właściwie to w pewnym sensie tak.
- A widzisz!
- Śniło mi się, że straciłem pracę i przez wiele tygodni nie pracowałem. Hela się bardzo denerwowała, bo sama musiała utrzymywać nas, a ja tylko gapiłem się w telewizor i dosłownie nic nie robiłem.
- Ile dni wytrzymała zanim cokolwiek powiedziała ci w tej sprawie?
- Tydzień…
- To i tak długo.
- Miała trochę racji, bo nie szukałem pracy, ale po jej marudzeniu złożyłem kilkanaście aplikacji do firma z branży. Mieli sprawdzić moje referencje. Tu dodam, że w śnie pracowałem jako brygadzista na budowie i takie miałem kwalifikacje.
- No dobrze, ale przejdź do sedna.
- Więc poszedłem do jednej z firm i wróciłem do domu po południu. Hela już na mnie czekała. Gdy tylko przekroczyłem próg domu zapytała:
“No i jak było? Masz tę pracę?”
“Dwóch kierowników o mnie się pobiło” - odpowiedziałem.
“No widzisz, Maniuś! Jesteś naprawdę dobry w tym, co robisz… Ale dlaczego pobili się o ciebie?”
“Jakby ci tu nie skłamać i… prawdy nie powiedzieć. Po prostu żaden nie chciał mnie wziąć do swojego zespołu”.

*Riot (z sieci)



czwartek, 16 czerwca 2016

Zaufa­nie jest naj­piękniej­szą spo­wie­dzią za­kończoną słowem "prowadź" (672)

Człowiek się nie obejrzy i zostaje dziadkiem. Mało tego, ta fucha wciąga jak narkotyk, bo wnuczęta pomagają nam odkryć prawdę o nas samych i roli, jaką pełnimy w życiu innych.
Znany mi osobiście dziadek sześcioletniej Hani za każdym razem, gdy spędza z nią wolne chwile zabiera ją na basen. Pilnuje jej i cieszy oczy postępami w nauce pływania. Hania wypływa czasami w kierunku tej części basenu, gdzie woda jest bardzo głęboka.
- Haniu, wracaj - woła przejęty dziadek. - Tam nie masz gruntu pod nogami.
- Dziadku! Mam przecież ciebie.

*Seneka


czwartek, 9 czerwca 2016

Białoruś może być dumna z dużej liczby ładnych kobiet. One są bogactwem narodu* (671)

- Panie C.  skąd czerpiesz pomysły na wpisy? - zagadnął Marian - Nie jest możliwe, byś wszystko wymyślił lub był tego świadkiem.
- Masz słuszne podejrzenie - powiedział z uśmiechem Pan C. - Pomysły biorą się ze słyszenia, przeczytania lub podsłuchania jakiejś opowieści, czy wychwycenia tylko jednej frazy. Reszta to kwestia wyobraźni. Narrator opowiada o innych nawet wtedy, gdy mówi o sobie.
- A możesz podać jakiś przykład?
- Mogę - powiedział Pan C. - Kilka dni temu rozmawiałem z kobietą o innej kobiecie.
- No, no, Panie C., a co na to Koleżanka Małżonka?
- Nie obowiązują mnie zakazy, które tobie ustanowiła Hela.
- Nie bądź złośliwy. Lepiej nie zbaczajmy z tematu.
- No właśnie, Marian. Nie porównuj Koleżanki Małżonki z twoją Helą. A wracając do tematu, to rozmawiałem z kobietą o urodzie innej kobiety. Gdybyś ją zobaczył na pewno zgodziłbyś się ze słowami klasyka “uroda dla konesera”. Moja rozmówczyni użyła innego określenia, które postanowiłem wpleść w rozmowę z pewnym znanym markizem.

Jak wszyscy wiedzą markiz de Sade to libertyn, który ekscytował opinię publiczną u schyłku XVIII wieku. Jego powieści siłą oddziaływania były tym, czym w latach siedemdziesiątych XX wieku seria filmów z cyklu “Emmanuelle”.
- Szanowny markizie - zapytał Pan C. - jaka jest najbardziej pożądana cecha kobiety dla kogoś, kto, tak jak pan, wyznaje libertynizm? Intelekt, a może uroda?
- Panie C., błędem jest sądzić, że to uroda kobiety najbardziej pobudza świadomość libertyna. I nie jest to w żadnym razie intelekt.
- Jak nie intelekt i nie uroda, to co może ekscytować i rozbudzać żądzę?
- Powiem tak: działa tu raczej szczególny rodzaj występku, który w świetle praw wiąże się z posiadaniem kobiety. Dowodem na to jest fakt, że im bardziej posiadanie jakiejś kobiety staje się występne, tym bardziej rozpala.
- A gdy kobieta jest brzydka i ponura, jak noc listopadowa?
- Czy ma pan na myśli kobietę, której stan umysłu i urodę można określić takim słowem, jak “smuteczek”?
- W rzeczy samej, markizie. Lepiej bym tego nie ujął.
- Mężczyzna, który syci się kobietą odebraną mężowi jest bez wątpienia bardziej upojony niż mąż, który na co dzień korzysta z jej przyzwolenia. Uroda nie ma tu nic do rzeczy.
- Masz na myśli łamanie sacrum i tego, co społecznie uświęcone?
- Tak, drogi Panie C.! Im czcigodniejsze zerwiesz więzy, tym rozkosz większa… Pomyśl o tym czasami i spróbuj... gdy będziesz gotowy.

*Aleksandr Łukaszenka
** wypowiedzi markiza de Sade opracowane na kanwie oryginału.


niedziela, 5 czerwca 2016

Przeszłość to nie to, co mija, tylko to, co pozostało po tym, co minęło* (670)

- Wiesz, Heluś, miałem dziwny sen - powiedział Marian w niedzielny poranek, gdy Hela zeszła na kawę.
- U ciebie  z tymi snami, to już chyba prawo serii.
- Oj tam, oj tam! Po prostu, gdy śpię podświadomość sobie hula.
- To opowiedz, co się tym razem przyśniło. Mam nadzieję, że nie jakaś polityczna sprawa.
- Śmiem twierdzić, że znacznie poważniejsza...
- Doprawdy? - zainteresowała się Hela.
- Śniła mi się przeszłość. Nasi ojcowie prowadzili wspólnie biznes i uznali, że dla powodzenia ich interesów będzie dobrze, gdy się z tobą ożenię. W tamtym czasie nie myślałem o tobie, jako potencjalnej kandydatce na żonę...
- Maniuś?!
- Opowiadam sen, więc się nie pieklij bez sensu, proszę. 
- Już dobrze, opowiadaj dalej.
- Gdy ojciec zaproponował, bym poważnie pomyślał o tobie jako żonie, odmówiłem. Uznałem, że nie jesteś dla mnie dobrym wyborem. "Dziewczyna jak marzenie, nic, ale to absolutnie nie można jej nic zarzucić" - przekonywał mnie ojciec. "Jej przeszłość..." wypaliłem. Na co ojciec wstał i zdenerwowany powiedział: "Dobrze wiesz, że Hela ma nienaganną przeszłość!".
- No widzisz, Maniuś - wtrąciła zadowolona Hela - twój tata poznał się na mnie. Ale mów dalej!
- Odpowiedziałem ojcu: "Wiem, że nienaganną, ale stanowczo... za długą".
Salon wypełniła złowroga cisza, z filiżanek z kawą przestała się unosić para, a ptaki za oknem przestały śpiewać.
- Maniuś - Hela dobitnie wypowiedziała imię mężczyzny swojego życia - myślę, że wiesz, gdzie spędzisz najbliższą noc.

*Alceu Amoroso Lima


poniedziałek, 30 maja 2016

Bywają okazje, gdy zwyczajnie nie można się nie napić* (669)

Pan C. wypatruje ukochanych wnuków, a niesforna wyobraźnia podpowiada, jak mogą wyglądać szczęśliwe chwile z nimi. Są też sytuacje, gdy inni dziadkowie opowiadają Panu C., jak to jest realnie spędzać czas z wnukiem lub wnuczką. Kilka dni temu poznał jedną z takich opowieści, która jest “faktem autentycznym”.
Sześcioletnia Hania spędzała długi weekend z dziadkami. Dzieci w podobnych sytuacjach mają wiele do powiedzenia, gdyż dziadkowie należą do najwdzięczniejszych słuchaczy.
- Dziadku, a wiesz, że nie wolno nadużywać alkoholu?
Dziadek, zaskoczony użytym przez wnuczkę określeniem “nadużywać”, spojrzał pytająco, jakby nie zrozumiał.
- No to jest wtedy, jak się pije dużo alkoholu - wyjaśniła Hanią i dopowiedziała: - Ja piję codziennie, ale tylko troszeczkę.
- Aha - powiedział dziadek.
- A wiesz dziadku, że u nas na podwórzu przed blokiem powiedzieli, że jeden pan wypił dużo alkoholu i że leży na klatce schodowej? Od razu tam pobiegliśmy.
- I co?
- Ale to była nieprawda, dziadku…
- No widzisz…
- …bo on nie leżał na schodach, ale zupełnie gdzie indziej.

*Andrzej Sapkowski
Nieopodal Złotej Góry, maj 2016, 

Ta sama butelka, maj 2011



czwartek, 26 maja 2016

Każdy z nas potrzebuje czasami ręki, która wyciągnęłaby go z kłopotów* (668)

Pan C. znów miał sen. Można rzecz, że mamy do czynienia z prawem serii. Nie w tym rzecz, że cokolwiek mu się śniło, ale że było to takie wielowarstwowe i rozbudowane. Pan C. wystąpił w tym śnię tylko, jako obserwator, podczas gdy rozgrywającym wydarzeniapo części  był Marian z niewielkim udziałem Heli.
Izraelskie czynniki polityczne w porozumieniu z firmami działającymi w obszarze najbardziej zaawansowanych technologii postanowiły rzucić wyzwanie amerykańskiemu Boeingowi i europejskiemu Airbusowi. Dla realizacji celów ściągnięto do Izraela specjalistów z całego świata. Jednym z nich był Marian, któremu towarzyszyła Hela.
Po kilku latach intensywnych prac badawczych i projektowych zbudowano prototyp samolotu pasażerskiego. W założeniu miał stanowić konkurencję dla światowych potentatów.
W ustalonym dniu szefowie kontrolowanego przez Mossad koncernu, zorganizowali lot testowy. Wszystko było monitorowane i nagrywane przez służby. Samolot ustawił się na początku pasa startowego, a gdy silniki uzyskały maksymalny ciąg ruszył. W połowie pasa zaczął się wznosić. W tym momencie wydarzyło się coś nieoczekiwanego: obydwa skrzydła odłamały się w połowie długości i samolot runął na pas startowy. Piloci zginęli.
- Cała praca na nic - powiedział Marian do Heli, gdy wrócił do domu - Samolot spadł tuż po starcie.
Następnego dnia podjęto decyzję, że prace będą kontynuowane, gdyż zainwestowano zbyt duży kapitał finansowy i polityczny. Inżynierowie mieli sprawdzić słabe punkty konstrukcji i sprawdzić użyte materiały. Badanie przyczyn katastrofy trwało kilka miesięcy, ale żadne z badań nie wykazało błędów w obliczeniach i wad materiałowych. Równolegle trwały prace nad ukończeniem drugiego prototypu, a uwaga konstruktorów skupiona była na płatach nośnych.
Wszystko zostało sprawdzone i tak, jak poprzednio zorganizowano zamknięty pokaz. Samolot zaczął się powoli wznosić, ale tym razem, wcześniej niż z pierwszym razem, znów odłamały się skrzydła. Samolot spadł jak kamień i załoga zginęła.
Co się działo wśród obserwatorów, jak zareagowały czynniki rządowe i zarządzający koncernem nie trzeba mówić. Właściwie to jeden wielki chaos i rezygnacja.
Na drugi dzień opanowano sytuację. Inżynierowie przystąpili do badań katastrofy. Powołano wiele zespołów, które zajęły się analizą obydwu wypadków. W jednych z zespołów pracował Marian. Nie wychodził z pracy od świtu do nocy. Wracał tylko się przespać i zmienić ubranie.
- Maniuś - powiedziała Hela - mam już dosyć tego twojego kontraktu. Właściwie nie ma cię z mną. Jestem sama, jak palec.
- Mamy problem z tymi skrzydłami. Nikt nie wie, co było przyczyna oderwania, bo żadne badania nie są w stanie wskazać bezpośredniej przyczyny. Nie wiemy, jak podejść do problemu, by znaleźć jakiś punkt zaczepienia.
- Może za wiele wiary w “szkiełko i mędrca oko”?
- Co masz na myśli? - zapytał Marian.
- Skoro jesteśmy w Izraelu, a jest to Ziemia Święta dla chrześcijan, muzułmanów, a najbardziej dla samych Żydów, to może przedstawiciele koncernu powinni w tej sprawie zwrócić się do naczelnego rabina?
Marianowi pomysł wydał się niedorzeczny, ale przekazał go zespołowi podczas burzy mózgów. Ku zdziwieniu został potraktowany bardzo poważnie. Po kilku dniach został poproszony, by udał się z dyrektorem generalnym na spotkanie z rabinem.
Po powitaniu i wymianie zwyczajowych uprzejmości przedstawili sprawę, która ich przywiodła. Wyjaśnili, że mają świadomość, iż budowa samolotów i aeronautyka nie są domeną rabina, ale sami nie potrafią znaleźć rozwiązania. W sytuacji, gdy nauka zawodzi uznali, że należy odwołać się do czynnika duchownego. Rabin pokiwał głową ze zrozumieniem i powiedział:
- Nie wiem, czy znajdę właściwe rozwiązanie, ale dajcie mi trzy dni na zastanowienie.
Po trzech dniach złożyli wizytę rabinowi.
- Powinniście na skrzydłach, w miejscu, w którym nastąpiło złamanie w poprzednich modelach, nawiercić rząd otworów od góry i od dołu.
- Jest pan tego pewien? - zapytał zdziwiony dyrektor.
- Nie - odpowiedział ze spokojem rabin - ale czyż wasza pewność i obliczenia zdały się na coś więcej?
Po naradzie zdrobniono tak, jak zasugerował rabin i w obydwu skrzydłach nawiercono otwory. W samoloci zrobiono tylko jedną modyfikację i zamiast standardowych foteli pilotom zamontowano specjalne fotele do katapultowania.
Nadszedł dzień próby, który miał zdecydować o być lub nie być izraelskiego przemysłu lotniczego. Napięcie towarzyszące próbnemu lotowi sięgało zenitu, możliwe że wielu dyrektorów i ministrów musiało wziąć środki uspokajające. Samolot ustawił się na początku pasa startowego, rozgrzał silniki i po uzyskaniu zgody wieży kontrolnej ruszył. W połowie długości pasa dziób samolotu zaczął się powoli unosić, po chwili cały wzbił się w powietrze. Nic złego się nie działo. Samolot kilkakrotnie przeleciał nad lotniskiem zataczając szerokie okręgi, by w końcu bezpiecznie wylądować.
Radość Mariana i zespołu nie miała granic. Doświadczyli czegoś niewytłumaczalnego, czegoś, co nie miało żadnego naukowego i technicznego uzasadnienia.
Na drugi dzień dyrektor generalny poprosił Mariana, by towarzyszył mu podczas wizyty u rabina.
- Czy może mi szanowny rabin powiedzieć - zwrócił się dyrektor - w jaki sposób wpadł na pomysł perforacji skrzydeł? Przecież rabin ma całkiem inne wykształcenie i doświadczenie. Jeśli jest specjalistą, to przede wszystkim w dziedzinach duchowych.
- To prawda, dyrektorze - odpowiedział rabin.
- To skąd pomysł?
- Siedziałem dłuższą chwilę na sedesie, a w ręku trzymałem papier toaletowy. Wtedy przyszło olśnienie: papier, mimo perforacji, prawie nigdy nie udziera się w miejscu dziurek. Pomyślałem, że być może ta prawidłowość znajdzie zastosowanie w rozwiązaniu waszego problemu.
- I znalazła.
- Amen.

*Alba de Céspedes


poniedziałek, 23 maja 2016

A niebo zostawmy im – Aniołom oraz wróblom* (667)

Pan C. miewa sny od zawsze i dla wielu jest oczywiste, że z wiekiem jest bardziej metafizyczny niż kiedykolwiek. Ma wewnętrzne przekonanie, że musi coś zrobić z tą skłonnością, bo nie może być tak, by miał sny ot tak bez powodu.
Ostatnio miał sen związany z Helą i Marianem. Bardzo dziwny, gdyż przed bardzo wielu laty był świadkiem na ich ślubie.
Przyjaciele Pana C. zginęli w nieszczęśliwym wypadku tuz przed swoim ślubem. Obydwoje stanęli u nieba bram. Zakołatali potężną antabą i czekali.
- Że też nie zdążyliśmy wziąć ślubu - rzuciła Hela.
- Widocznie nie było to nam pisane - powiedział Marian.
- No wiesz! - syknęła Hela.
W tym momencie uchyliły się drzwi i stanął przed nimi rosły starzec z brodą. Nie mieli wątpliwości, że to święty Piotr we własnej osobie.
- Święty Piotrze - zagadnęła Hela - czy jest możliwe wzięcie ślubu w niebie?
- Hm? To nietypowa prośba i przyznam, że jeszcze nikt o to się nie zwracał. Muszę się zorientować, czy jest to możliwe. Zaczekajcie tutaj.
Marian i Hela czekali w przedsionku nieba dzień, tydzień, miesiąc. Już tracili nadzieję na powrót Piotra, gdy ten niespodziewanie się pojawił.
- I jak? - zapytała Hela.
- Nie ma problemu - powiedział Piotr. - Możecie wziąć ślub.
- A wiesz, święty Piotrze - powiedziała Hela - gdy tak czekaliśmy na ciebie, to sobie pomyślałam: “A jeśli po ślubie pójdzie coś nie tak, to czy będziemy mogli w niebie wziąć rozwód?”.
Na twarzy Piotra pojawił się grymas, zacisnął usta, zacisnął dłonie i cisnął kluczem o posadzkę w przedsionku nieba.
- Czy coś nie tak? - szepnęła wystraszona Hela.
- Wszystkiego mi się odechciewa! - warknął Piotr. - Ponad miesiąc szukałem w niebie księdza. Czy masz świadomość ile może zająć znalezienie tutaj jakiekolwiek prawnika?!

*Heinrich Heine



Inspiracje wpisu: z internetu


czwartek, 19 maja 2016

Często ogień i miecz zastępują lekarstwo* (666)

Rzecz w tym, że mężczyz­na, że znów wrócę do Freuda, by posłużyć się me­taforą, roz­grze­wa się jak żarówka: trzask prask i już jest rozżarzo­ny do czer­wo­ności, i ko­lej­ne trzask prask lub pstryk, jak kto woli, i w se­kundę so­pel lo­du. Płeć niewieścia zaś, i to jest nauko­wo do­wiedzione, roz­grze­wa się jak ruszt, ro­zumiemy się? Po­wolut­ku, po­malut­ku, na wol­nym og­niu, jak dob­ra es­cu­del­la. Ale gdy się już roz­grze­je, nie ma siły, która by to zat­rzy­mała.**


*Seneka Młodszy
** Carlos Ruíz Zafón

sobota, 7 maja 2016

Bardzo niebezpiecznie jest spotkać kobietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zawsze małżeństwem* (665)

Marian i Hela, gdy byli jeszcze bardzo młodzi i przeżywali studencki okres burzy i naporu, zdecydowali się pobrać. Dziś już nie dociekniemy, czy była to świadoma i w pełni skalkulowana decyzja, czy raczej impuls wynikający z emocji, które ich połączyły. Nie ma to zresztą znaczenia, skoro nadeszło nieuniknione i zamierzone przez Helę. 
- Chcemy się pobrać na Wielkanoc - oznajmiła Hela rodzicom.
Przyszły teść Mariana podniósł z wrażenie brwi i spróbował doprecyzować termin ślubu:
- Oczywiście na Wielkanoc w przyszłym roku?
- Nie, tato - powiedziała Hela - w najbliższą Wielkanoc.
- Ale to już za dwa i pół miesiąca.
- No właśnie! 

*Oscar Wilde


wtorek, 3 maja 2016

List ten jest dłuższy jedynie dzięki temu, iż nie miałem czasu napisać go krócej* (664)

Pan C. wyjątkowo przespał całą noc, choć emocje, które nim targały, zapowiadały bezsenność. Okruchy świadomości, gdy przewracał się z boku na bok, kazały spać dalej, by broń boże nie otworzyć oczu. Wybiła jednak siódma rano. Obudził go łoskot ciszy, która wypełniała pusty dom. Zszedł na dół, rozejrzał się po salonie i poszedł do kuchni. Nastawił mocną kawę.
Od drzwi wejściowych dobiegało ciche, acz wyraźne ni to stukanie, ni skrobanie. Podszedł do wizjera, ale nikogo nie było. Wyszedł na zewnątrz, wciągnął rześkie powietrze i w tym momencie zobaczył na stopniu schodów niebieską kopertę z wypisanym odręcznie swoim imieniem. Podniósł ją i jeszcze raz zerknął, ale wokół żywego ducha. Wrócił do salonu, usiadł na fotelu i otworzył list. Pismo odręczne. Nie znał tego charakteru pisma, ale kształt i wyrazistość liter zdradzały żeńskiego autora.

Najkochańszy i Najdroższy Mój Panie C.
Wiem, że jesteś zaskoczony listem, a jeszcze bardziej jego treścią. Niestety, w miejscu, w którym teraz przebywam, jest to jedyna dostępna forma komunikacji i łączności z Tobą. Dotąd mogłam robić to bezpośrednio i bez słów. Zawsze wiedziałeś czego chcę, co nie znaczy, że zawsze spełniałeś moje oczekiwania. Nie mam Ci tego za złe.
Wczoraj, gdy zawiozłeś mnie do kliniki czułam strach i ból. Widziałeś, że miałam problemy z chodzeniem. Pomagałeś mi. Twoja obecność uspokajała mnie, jak zresztą zawsze, gdy byłeś przy mnie. Mówiłeś do mnie takim spokojnym i niskim głosem, dotykałeś mnie i czule gładziłeś po głowie. Nie bałam się, choć bardzo mnie bolało, gdy badał mnie doktor W. Znał mnie dobrze i wiedział, co mi jest. W końcu cztery operacje w ciągu trzech lat zbliżają lekarza i pacjenta. 
Widziałam, jak spojrzał na Ciebie i zapytał, "czy wiesz?". Kiwnąłeś głową, ale nie byłeś w stanie wydobyć głosu. Doktor W. poprosił, byś przeniósł mnie do drugiego gabinetu. Dołączyła  do nas jego asystentka. Ta sama, która w styczniu zmieniała mi opatrunki po ostatniej operacji. Miła dziewczyna.
Doktor W. poprosił, byś wyszedł do poczekalni. W tym momencie mocno mnie przytuliłeś i pocałowałeś. Usłyszałam, jak szlochasz i poczułam Twoje łzy. Nigdy nie widziałam Cię płaczącego. Wyszedłeś chwiejnym krokiem. Asystentka trzymała mnie, a doktor dał zastrzyk. Powiedział, że po nim się uspokoję i zasnę. Poczułam lekkie ukłucie.
Po chwili było już po wszystkim, choć cały czas czułam dłonie asystentki. Powieki stawały się coraz cięższe, nie mogłam ich utrzymać i zamknęłam. Przestał mnie boleć kręgosłup. Zaczęłam śnić, ale później zobaczyłam tylko ciemność. Było bardzo błogo i spokojnie. W pewnym momencie rozbłysk światła uderzył mnie w oczy. Światło było tak silne, jakby wydostawało się z przeciwlotniczych reflektorów. Nigdy takich nie widziałam, ale to porównanie wydaje mi się właściwe.
Najdziwniejsze było, że w tym momencie stałam obok stołu, na którym mnie położyłeś. Widziałam i doktora i asystentkę i... siebie. Zawinęli mnie - tę, która leżała na stole -  w folię i wynieśli do innego pomieszczenia. Nie wiedziałam, co z sobą począć. Wyszłam do poczekalni, ale Ciebie tam nie było. Pojawiłeś się dopiero za pół godziny. Na twarzy byłeś szary i blady, a oczy miałeś mokre od łez. Przykro było na Ciebie patrzeć. Wszedłeś do gabinetu i po chwili wyszedłeś z niewielkim kartonem. Przyciskałeś go czule do siebie. Byłam obok Ciebie, choć Ty mnie nie widziałeś. Wskoczyłam za Tobą do samochodu. Po chwili byliśmy już na naszym podwórzu.
Wziąłeś karton i poszedłeś w stronę garażu, obok którego rośnie sosna. Wybrałeś dobre miejsce... Będzie mi tam dobrze i, co najważniejsze, będę miała dobry widok na dom i podwórze, które przez te wszystkie lata strzegłam. 
Wiedz, Kochany Panie C, że nadal pozostaję na służbie.
Twoja P.

*Blaise Pascale
Pestka (1999-2016)
ZOBACZ: O tym, jak Pestka zamieszkała w domu Pana C.


sobota, 30 kwietnia 2016

Gdyby ludzie mieli czym pokiwać, na pewno byliby weselsi* (663)

Ponoć papież Franciszek oznajmił, że piekła nie ma. Domorośli teolodzy piali z zachwytu i ogłaszali, że Franciszek jest "ich papieżem". Pan C. podzielił się tą wieścią z Marianem i Helą. Wiadomość poruszyła ich, a Hela sprawiała wrażenie wstrząśniętej. Zamilkła.
- Marian - powiedziała po chwili - przynieś coś z barku. Muszę się z tym oswoić.
- Hela - powiedział Pan C. - ty tak serio, czy sobie stroisz żarty?
Spojrzała na niego z wyrzutem.
- Wiesz, co to oznacza? Wywraca się cały porządek świata i to wszystko, na co liczyłam.
- Jak to?
- Przecież piekło to miejsce nieustających imprez, dobrego jedzenia i muzyki. Po prostu all inclusive. Czuję się tą informacją sponiewierana i osamotniona, jak święty Piotr w niebie.
- O czym ty mówisz?
- Pamiętacie historyjkę, jak święty Piotr marudził i wyrzekał, że "szlag go trafia", że "już dłużej nie wytrzyma"? Zirytował Boga, który skarcił go: "Uważaj co mówisz, jesteś w niebie. A tak w ogóle to o co ci kaman?" Piotr wypalił: "Zróbmy jakąś imprezę, zabawmy się, najedzmy do syta". Najwyższy zrozumiał klucznika, spojrzał łagodnie i z rozbrajająca szczerością powiedział: "Czy opłaca się gotować dla nas dwóch?"
- Hm... - mruknął Marian - Jaki ma to związek z twierdzeniem papieża?
- Jak to jaki? Niebo jest śmiertelnie nudne. Boję się, że po śmierci czeka mnie wieczna nuda.



*Pies Fafik

wtorek, 26 kwietnia 2016

Żona zna męża, teściowa ich dwoje* (662)

W czasach, gdy nie było internetu, gdy na telefon czekało się dwadzieścia lat, a Pan C. nie był jeszcze zięciem swojej teściowej, wyświadczane złośliwości przybierały arcykomiczne formy.
Zadzwonił telefon, który podniosła teściowa Pana C.
- Słucham?
- Dzień dobry - dało się słyszeć damski głos w słuchawce.
- Dzień dobry - odpowiedziała teściowa.
- Czy pani wie kim jestem? - indagował głos w słuchawce.
- Przykro mi, ale... nie.
- Jestem kochanką pani męża
- Ach tak? To akurat wiem
W tym momencie dało się słyszeć trzask odkładanej słuchawki.



*przysłowie ormiańskie

sobota, 23 kwietnia 2016

Żelazna logika (661)

- Co studiuje twoja dziewczyna? - zapytała ciotka siostrzeńca.
- Chemię.
- Na którym jest roku?
- Na czwartym.
- A na którym będzie później?
- Według mnie na piątym, ale... mogę się mylić.
- Aha!


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Czasem mnie diabeł kusi, by uwierzyć w Boga* (660)

Szczepcio, po przeczytaniu wpisu o numerze 659, był łaskaw napisać do Pana C. ni mniej, ni więcej w taki deseń: “Tajemnica pokoju 507... Gdyby to był czeski film to powinien być jeszcze trup w szafie. Odpuść pokój 707, sam wiesz co potem było. Skup się na 507”.
No i cóż miał począć Pan C., gdy tknięta podpowiedzią wyobraźnia zaczęła tworzyć alternatywne scenariusze, a światy równolegle okazały się nie dość, że możliwe to na swój sposób prawdziwe. Wiadomo, że nie wszyscy są w stanie to dostrzec, nie jest to jednak problem narratora, któremu przypadła rola wiernego świadka.
Pan C. przez moment wyobraził sobie, że w okresie wielkanocnym, a był wtedy jeszcze praktykującym katolikiem, postanowił przystąpić do sakramentu pojednania. Karnie stanął w kolejce do konfesjonału, gdzie kolejni penitenci słyszeli ego te absolvo a peccatis tuis in nomine Patris, et Filii,et Spiritus Sancti**. Stało przed nim kilka osób, więc miał czas na wejrzenie w sumienie i wyłuskanie spraw, które powinien wyjawić przedstawicielowi Najwyższego.
“Ale, czy to konieczne, bym dzielił się tym, co najintymniejsze? Najwyższy zna moje serce, moje myśli i czyny? Od czego zacząć?” - takie wątpliwości tliły się pod grzywką Pana C. Nie obejrzał się, gdy klęknął i przystąpił do spowiedzi.
- Ostatni raz u spowiedzi byłem roku temu, popełniłem następujące grzechy…
I w tym miejscu Pan C. opowiedział wielomiesięczny związek z Grażyną i Hanką z pokoju 507. Pierwsza studiowała matematykę, druga filologię polską. Pan C. zauważył, że spowiednik bardzo się ożywił.
- Czy dochodziło między wami do stosunków cielesnych?
- Tak - odpowiedział z przekonaniem Pan C.
- Jednocześnie z dwoma?
- O co to, to nie, proszę ojca. Jedna o drugiej nic nie wiedziała.
- Często się z nimi spotykałeś?
- Dwa trzy razy w tygodniu w czasie gdy jedna z nich była na zajęciach i była pewność, że się nie pojawi.
- W jaki sposób uprawialiście seks? Czy mimo grzeszności sytuacji było to w formie, jaką dopuszcza Kościół? - dopytywał spowiednik.
- Nie wiem, o jakie formy chodzi, ale nie będę ukrywał, że było to satysfakcjonujące…
- Czy możesz zdradzić więcej szczegółów? Był to seks klasyczny, czy były także inne pozycje?
- Oczywiście, że było wszystko. W końcu miało być miło i przyjemnie i… tak było.
- A seks oralny?
- Kochaliśmy się i w ten sposób - potwierdził Pan C. - Muszę przyznać, że było to jedno z najintensywniejszych i najpiękniejszych doznań. Z Grażyną w ten sposób kochaliśmy się bardzo rzadko, bo ona lubiła szybko i intensywnie, natomiast z Hanią to inna bajka.
- Możesz jaśniej?
- Ona uwielbiała wszelkie formy bliskości i nie miała żadnych zahamowań. Wymarzona kochanka.
W tym momencie dało się słyszeć, jak spowiednik wierci się w konfesjonale i głośno przełyka ślinę.
- Czy żałujesz, że złamałeś szóstce przykazanie?
- I tak i… nie - odpowiedział Pan C.
- Nie rozumiem.
- Właściwie to żałuje, ale nie z powodu, o którym ksiądz mógłby myśleć, ani tym bardziej z powodu cudzołóstwa, które nigdy nie miało miejsca. Tak naprawdę żałuję, że nigdy się to nie wydarzyło.
- Jak to? - żachnął się spowiednik - Opowiadałeś o czymś, co nie miało miejsca?
- Nie miało miejsca, ale było i jest prawdziwe… To moje najbardziej grzeszne myśli.

* z internetu
**Uwalniam cię od twoich grzechów w imię Ojca, i Syna, i Ducha świętego.



sobota, 16 kwietnia 2016

Niektórzy ludzie nie mogą odżałować błędów, których nie popełnili* (659)

Jakiś czas temu Pan C. wziął udział w spotkaniu, które, nomen omen, zorganizowano w salce konferencyjnej domu studenckiego “Jowita”. Gdy tylko przekroczył próg miejsca, które opuścił jakieś trzydzieści lat temu, dopadła go pamięć emocjonalna.
Był ciepły maj, który epatował zielenią, a Pan C. był po obronie pracy magisterskiej. Właśnie przyjechała Koleżanka Małżonka, którą odebrał z dworca PKP i przyprowadził do akademika. Podał jej klucz do pokoju numer 707 i poprosił, by pojechała windą, natomiast sam zajął się dopełnieniem formalności związanych z wymeldowaniem. Po kwadransie był na siódmym piętrze. Drzwi pokoju zastał zamknięte, pukał kilka razy, ale po chwili uświadomił sobie, że żony tu nie ma.
“Pomyliła piętra i pewnie czeka gdzieś na korytarzu” - pomyślał.
Znalazł ją dwa pietra niżej. Stała z założonymi rękoma oparta o parapet okna na końcu holu. Jej mina nie wróżyła nic dobrego.
- Dlaczego nie czekasz na mnie w pokoju?
- Chyba żartujesz - burknęła.
- Dlaczego?
- Udajesz, bo liczysz na moją naiwność?
Ruszyła z miejsca, wsunęła klucz do zamka najbliższych drzwi, przekręciła dwa razy i otworzyła je na oścież.
- Ale to nie jest mój pokój!
- Jak to nie? Przecież otworzyłam.
Podszedł, zajrzał do środka i oniemiał. Na sznurkach rozciągniętych przez środek pokoju wisiały dwa biustonosze, kilka par damskich majtek i rajstopy.
- Mój pokój jest dwa pietra wyżej - jęknął struchlały. - To jest numer 507, a ja mam 707.
- O, jasny gwint! - syknęła Koleżanka Małżonka.

*Aleksy Andrejew



czwartek, 14 kwietnia 2016

Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła* (658)

Czasami, gdy Pan C. potrzebuje wytchnienia, umyka do miejsc, które kipią dobrą energią. W ostatnich dniach spotkał się z dobrym znajomym, którego nie widział kilka lat. Różnica wieku widoczna, ale w kontakcie i poglądach niezauważalna.
Cisza i spokój miejsca, a także pora roku, pozwoliły spokojnie sączyć dobre piwo, ocenić rzeczywistość polityczno-gospodarczą gminy i snuć wizję pomyślnej przyszłości. Nie obyło się bez wspomnień miłych chwil i... pięknych kobiet. Znacząca różnica w peselach w żaden sposób nie zaburzyła równowagi w tej części rozmowy.
- Wiesz - powiedział Pan C. - mam wrażenie, że zbliżam się do tego etapu życia, że w kwestii kobiet mogę więcej...
- To niemożliwe!
- Gdybyś nie przerywał, to byś usłyszał, że w tej materii mogę więcej niż kiedykolwiek, ale... powiedzieć.
- Uspokoiłeś mnie. Kamień z serca.
- No nie żartuj, chyba nie jest aż tak źle z tobą?
- No nie - powiedział znajomy z uśmiechem. - Wszystko jeszcze mogę, ale jak śpiewał Joe Cocker... z niewielką pomocą przyjaciół**.





*Henri Estienne
*With a little help from my friends, Joe Cocker

wtorek, 12 kwietnia 2016

Zdro­wy rozsądek to zbiór up­rzedzeń na­bytych do osiem­naste­go ro­ku życia* (657)

- Marian - powiedział Pan C. - tak na marginesie snu o raju, to w twoim przypadku sny są niczym proroctwa. Owszem, stwierdzam to posta factum, ale są w nich jakieś ważne przesłania.
- Mam wiele takich snów i żałuję, że ich wszystkich nie spisałem. Najciekawsze jest to, że się powtarzają, jakby chciały, abym je zapamiętał. Nie tak tak dawno śniło mi się, że byłem u adwokata, by porozmawiać o sytuacji z Helą.
- Może u Marka?
- A z kim mógłbym tak otwarcie porozmawiać? Powiedział mi coś niezwykle ważnego, co ma zastosowanie nie tylko w tej konkretnej mojej sprawie, ale generalnie w życiu.
- O, Marian! Gdy słyszę ten ton, to tylko utwierdzam się, że im jesteś starszy, tym bardziej filozoficzny. Ale mów dalej!
- Wysłuchał mnie i powiedział ni mniej, ni więcej: Marian, ty po prostu nie myśl! Jak już myślisz, to przynajmniej nie mów. Ale jak już mówisz, to tego nie pisz. Jeśli zaś popełniłeś ten błąd i napisałeś, to, broń Boże, nie podpisuj!"

[edit:2016-04-20]*Albert Einstein


piątek, 8 kwietnia 2016

Przeczu­cie - jed­na z tych rzeczy, które ciężko wy­jaśnić, ale warto docenić* (656)

Prawo serii jest prawidłowością, która - jeśli wcześnie rozpoznana - pozwala właściwie zareagować na sekwencję zdarzeń. A jeszcze, gdy okaże się, że mamy do czynienia ze spotkaniem Pana C. z Marianem, to za księdzem Natankiem możemy powtarzać: "Wiedz, że coś się dzieje!".
- I co tam w domu? - zapytał Pan C.
- Bez zmian
- Żadnych oznak puszczania lodów?
- Może jakieś, ale niewyczuwalne w oczywisty sposób.
- Marian, proszę cię, zlituj się i nie filozofuj. Po takim czasie mógłbyś się przyzwyczaić do milczenia Heli.
- Łatwiej powiedzieć, trudniej wykonać. Ostatnio mam sny...
- Nie żartuj! Czyżby dopadł cię syndrom starotestamentowych proroków?
- Mówię serio, ale skoro nie wierzysz to nic więcej nie powiem.
- Daj spokój i mów!
Marian rozparł się w fotelu, wziął głęboki oddech. Było widać, że gotów jest mówić.
- Śniło mi się, że byłem Adamem, którego stworzył Najwyższy i umieścił w raju...
- No to zaglebiście! - przerwał Pan C.
- Tak tylko ci się wydaje - powiedział Marian. - Wyobraź sobie, że Jahwe zażądał ode mnie żebra.
- To trzeba było je dać. W końcu chodziło o Ewę, którą chciał zrobić. Dałeś?
- Zaprotestowałem! On mówił: " Marian, daj żebro!", a ja twardo: "Nie ma mowy!". Ten znowu: "Marian, daj mi żebro, to zrobię z niego coś fajnego". Stanowczo odmówiłem, a ten znowu nalega: "Dlaczego, nie chcesz dać żebra? Przecież to dla ciebie?"
- I co odpowiedziałeś Bogu?
- No jak to, co? Powiedziałem: "Nie dam, bo mam.... złe przeczucia".

* z internetu

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

A kiedy za­sypiamy, we śnie widzi­my roz­sta­nie. Ale to dob­ry sen, bo się budzi­my z niego* (655)

W poprzednim wpisie było o Marianie i Panu C. To normalne i nie dziwi, że dwóch przyjaciół znajduje czas na rozmowy od serca. Nie dziwi także, że Hela korzysta z okazji i spotyka się na pogaduchy z Dancią.
- A co tam u was? - rzuciła Dancia. - Nadal awantura bez słów?
- Tak - powiedziała Hela - ale przetrzymam go, aż się złamie.
- Dasz radę?
- Nie wiem. Mnie samą zaczyna to już męczyć....
- No widzisz? Może daj temu spokój i wróćcie do normalności.
Hela spojrzała na Dancię i dolała sobie gorzkiej żołądkowej.
- Wiesz, Danciu, w zasadzie to mam wątpliwości, czy dobrze robię. Od jakiegoś czasu prześladuje mnie ten sam sen.
- Opowiedz proszę.
- Śni mi się, że opuszczam Mariana. Biorę walizki i ostentacyjnie wychodzę z domu. On siedzi w fotelu i patrzy w okno. Trzaskam drzwiami, ale zanim dochodzę do auta słyszę huk wystrzału...
- Ojej! - westchnęła Dancia. - Zastrzelił się?
- Biegnę przerażona do domu, serce wali jak oszalałe i wiesz, co widzę w salonie?
- Nie.
- Bydlak jeden! Najzwyczajniej w świecie otworzył szampana!

*Wisława Szymborska

sobota, 2 kwietnia 2016

Milczenie jest jednym z najtrudniejszych argumentów do obalenia* (654)

Po dłuższej przerwie Marian znów umówił się z Panem C. na spotkanie w okolicznościach mniej formalnych niż praca. Poszli do ulubionego baru z widokiem na jezioro. Zamówili piwo i rozmawiali w sumie o wszystkim i o niczym. Pan C. wyczuł, że Mariana coś męczy i tylko nie wie, jak zacząć rozmowę.
- A tak poza tym to u was wszystko w porządku? - zapytał Pan C.
- Chyba się rozwiodę z Helą - wypalił Marian.
- Że co?!
- Rozwiodę się z nią.
- Ale dlaczego?
- Hela nie odzywa się do mnie od pół roku.
Pan C. uniósł piwo, pociągnął dwa łyki i spojrzał Marianowi w oczy.
- Stary! Dwa razy się zastanów zanim zrobisz jakiś pochopny krok. Dziś trudno znaleźć taką kobietę, jak Hela i na dodatek taką, która milczy.

*Josh Billings





piątek, 1 kwietnia 2016

Żad­nej ko­biety nie kochał tak bar­dzo. Żad­nej nie był tak oddany. Do mo­men­tu, kiedy na­rodziła mu się córka* (653)

Kilkanaście lat temu, przy okazji rodzinnego spotkania, Pan C. rozmawiał z Bogusiem, który miał dwoje dzieci. Nieco wcześniej urodzone niż te, które udało się spłodzić Panu C.
- Wiesz - powiedział Boguś w przypływie szczerości - gdy Tomek wszedł w okres nastoletni to przyprowadzał do domu różne dziewczyny. Jedne ładniejsze od drugich. Zazdrościłem mu, gdy się zamykał z nimi w pokoju, ale byłem z niego dumny.
- A teraz już tak nie czujesz?
- Tomek już się ustatkował, założył rodzinę, ale mam problem z Agnieszką.
- Jaki problem? - zapytał Pan C. - Przecież i dobrze się uczy, jest zdrowa i chyba wszystko dobrze?
- Jakie dobrze? - żachnął się Boguś - jak Tomek przyprowadzał dziewczyny to mówiłem "moja krew", ale gdy widzę przychodzących do Agnieszki, to serce mi krwawi... Nie mogę znieść, gdy cudzy synowie wchodzą mi w szkodę.

Córeczka Pana C.
* z internetu

czwartek, 10 marca 2016

Zaczerpnij trochę złotego tchnienia wiatru* (651)

Pod wiatr
/.../
Wyobraź sobie, że wyruszam w morze 
Że rozwijam wielki żagiel
I że sunę lekko pod wiatr
Wyobraź sobie, że opuszczam ziemię
Że znajduję swoją gwiazdę
I płynę wzdłuż niej jedną chwilę
Pod wiatr





*Respire un peu le souffle d'or

czwartek, 28 stycznia 2016

Małżeństwo: triumf nadziei nad doświadczeniem* (648)

- Maniuś - zaszczebiotała  Hela - czy pamiętasz, że zbliża się nasza trzydziesta piąta rocznica ślubu?
- Tak? A kiedy? - zapytał z udawanym zaskoczeniem.
- Tylko nie mów, że zapomniałeś! - powiedziała z wyrzutem, by po chwili zapytać już spokojnie: - W jaki sposób chciałbyś uczcić tę okazję?
- Zabiorę cię na wycieczkę do Ameryki Południowej. Może Machu Picchu?
- Naprawdę? Ale jesteś kochany. Nie pomyślałam, że coś takiego możesz planować. Ciekawa jestem, w jaki sposób uczcisz czterdziestą rocznicę?
- To proste, Helu! Polecę do Ameryki Południowej i przywiozę cię z powrotem.

*James Boswell, The life of Samuel Johnson

piątek, 22 stycznia 2016

Pijmy wino za kolegów do dna, bo oni to my, a my to już mgła* (647)

W środowy wieczór Pan C. skonstatował, że zgubił szlachetny kawałek metalu, który z upodobaniem i czułością nosił na serdecznym palcu lewej ręki. Mróz sprawił, że palce stały się szczuplejsze i metal, nie wiedzieć kiedy i gdzie, zsunął się w jakąś śnieżną zaspę .
Niby nic szczególnego, bo zdarza się to wielu ludziom, ale tak po prawdzie przypadki tych "wielu" mało obchodzą Pana C. Nie, żeby ich lekceważył, ale najważniejsza i najdotkliwsza jest osobista strata. Nie jakaś strata finansowa, ale ta emocjonalna... Przedmioty i rzeczy niosą w sobie sens, znaczenie i mają szczególną moc dopóki, dopóty czujemy to, co uobecniają.

Ulotniło się coś namacalnie pięknego i najwyższy czas napisać książkę, by zachować jak najwięcej.



niedziela, 10 stycznia 2016

Największe cuda powstają w największej ciszy* (646)

Zamieszkał ze mną półtora roku temu. Na początku był maleńki  i nieśmiało wyglądał z niewiele większej doniczki. Różnie między nami bywało, ale jakoś przekonaliśmy się do siebie. Coraz częstsze i śmielsze rozmowy, podstawiona w porę świeża woda, gdy czuł pragnienie, wreszcie przeprowadzka do większej doniczki i oczywista wzajemnie okazywana czułość. 
Czy można okazywać czułość kwiatom? Nie tylko można, ale wręcz należy. 
Za poświęconą uwagę, cierpliwość i troskę odpłacił mi kwiatami, o których ktoś kiedyś powiedział, że "są uśmiechem rośliny".


*Wilhelm Raabe